poniedziałek, 14 września 2015

Jeszcze...

Taka moja Droga. Czasem niczym Kirke zatrzymuje mnie na swej Ajai, a czasem gna do przodu na złamanie karku. Piękne to i niepokojące. A z pewnością zniewalające. I czuję czasem, że niewielki mam na to wpływ, że Wszechświat nie czeka na moją odpowiedź. Może to i słusznie, bo gdybym zaczął się zastanawiać i rozważać wszystkie za i przeciw, zardzewiałbym w jakiejś przystani.


Jeszcze nie gnam, jeszcze wiatru w żagle dobrze nie chwytam, bo i one swoją historię mają zapisaną, porwaną w strzępy i odtwarzaną szew po szwie. Jeszcze zbyt mocno trzymam się dna, nie jedną a dziesiątkami kotwic. To nic. Wierzę, że przyjdzie czas i na nie!


Na razie tylko w deszczu przychodzą do mnie wizje...

 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Droga w czasie


Lata zamysłów, planowań i odwlekania, choć cele położone są w okolicy Lublina (ok. 50km.!). Jednak jakoś się nie składało. Tym razem było inaczej. Po prostu, wieczorem pomyślałem, a na drugi dzień wsiadłem do samochodu i ruszyłem drogą w przestrzeń, ale chyba przede wszystkim w czas.

Najpierw moja droga zawiodła mnie do Chodlika. Największego, jakby nie było, ośrodka plemiennego w moich stronach. Ogrom założenia robi wrażenie, choć dziś rozmyte jest ono przez porastające wszystko krzaki i drzewa. Stojąc pośrodku majdanu miałem problem, by sobie uzmysłowić co mnie otacza i po czym stąpam. Dopiero kiedy opuściłem teren grodziska próbując obejść je wokół, po każdym niemal kroku docierało do mnie coraz wyraźniej, z czym mam do czynienia. Usiadłem na chwilę u zbiegu polnych dróg kontemplując otaczającą mnie rzeczywistość. Uderzająca cisza. Żadnego szumu przejeżdżających samochodów, żadnego gwaru ludzkich głosów. Tylko śpiew ptaków i raz na jakiś czas szum otaczających mnie traw. Mógłbym tam siedzieć bardzo długo, ale popędzała mnie myśl o kolejnym punkcie na mojej mapie -Żmijowiskach.

Grodziska strzegą stylizowane, współczesne rzeźby. Mimo świadomości ich niemowlęcego wieku czułem, że wyjątkowo dobrze tu pasują. Sam gród malutki w porównaniu z Chodlikiem, ale częściowo zachowane oraz zrekonstruowane umocnienia, brama i fosa robią spore wrażenie. Tuż za bramą znajduje się rekonstrukcja osady istniejącej tu za czasów funkcjonowania warowni. Mimo, że wzór służący do odbudowy chat pochodzi m. in. z Chodlika, to i tak pasują tu wyjątkowo dobrze. Wsiąkłem... Usiadłem na ławeczce ustawionej naprzeciwko bramy i odleciałem. Nawet nie wiem czy o czymś myślałem. Po prostu siedziałem sobie zapatrzony i chłonąłem energię płynącą z tego miejsca. 

A może oddawałem swoją, ponieważ po powrocie do Lublina czułem się wyjątkowo wyczerpany: jakbym przeszedł kilkanaście kilometrów z plecakiem... 

To miejsce mnie przyciąga...

niedziela, 2 sierpnia 2015

Zabawy ze światłem


Zostałem zwabiony do baru w Zamościu. Sam przybytek ciekawy i pełen kontrastów, lecz o wiele ciekawsza wydała mi się prowadząca do niego krętymi korytarzami droga...

sobota, 1 sierpnia 2015

Jakiś taki dzień poetycki...

Piszę do ciebie list
Z niezliczonej liczby światów

Podczas gdy ty
Czytasz to tylko w swoim

Alternatywnym
do bólu marzeń

A ja właśnie piszę ze szczytu
I wszystko pode mną

A ja właśnie piszę z głębin
I wszystko mnie otacza

A ja właśnie piórem marzeń
Zapełniam arkusz twoich myśli

Wyjdź do mnie śmiało
Jestem piórem
u twego skrzydła


05.03.2009

środa, 1 lipca 2015

Brand New Way

Zawsze układam się z Drogą. Tą, którą podążam, a nawet tą, która po prostu jest gdzieś tam. Zawsze przede mną niedokonanie. NIE-DO-KONANIE, a zatem również NIE ZDĄŻENIE! Jakież to jasne! Tak oczywiste, a dopiero od tak niedawna! Dokonanie, dokończenie, zdążenie (czyż nie jest to dokonanie dążenia!), koniec, the end, napisy końcowe. Dokonaj, to nic innego jak Zrób Swoje i Giń! Do KONAJ. Miła wizja, nieprawdaż?

Zatem nie DO, a KONANIE! Ot, i cel naszej egzystencji...

Innego sensu nabiera moje jeżdżenie, przemieszczanie się, zarówno w przestrzeni jak i czasie: niejednokrotnie po przebyciu długiej trasy mylą mi się dni, a nawet tygodnie. Czasem cofam się w czasie świadomością tkwiąc we wtorku, podczas gdy jest już czwartek. Albo przeciwnie - jestem we wtorku myśląc, że jest już np. sobota...

[Źródła tego stanu rzeczy doszukuję się w snach. Tych ostatnio tyle, co kot napłakał, ale kiedyś narzucały mi się rozciągając swój oniryzm na rzeczywistość poza senną. Jeden z nich dotyczył czasu. Byłem w domu na wsi u dziadków i właśnie szykowano jakąś imprezę rodzinną. Stół w kuchni był zastawiony - talerze, miski, sztućce. Wpadłem tam uciekając przed niedźwiedziem! Gonił mnie wokół tego stołu, a ja w panice gnałem przed siebie! Nagle ktoś krzyknął: przekręć talerz! Zatrzymałem się i przekręciłem talerz kilka razy. Jak za dotknięciem różdżki - niedźwiedź zniknął, ale wraz z nim zniknął dzień lub kilka. Znów usłyszałem czyjś głos: musisz przekręcić talerz w drugą stronę tyle samo razy, żeby te dni odzyskaćNie miałem pojęcia ile razy go obróciłem i obudziłem się nie wiedząc, jaki jest dzień tygodnia.]

 Po długiej drodze jestem skonany, a jednak źle się czuję będąc świadomym, że punkt docelowy został osiągnięty. Nawet, gdy podróż samochodem trwała 10 godzin. Może to taka pokuta za brak marszruty z plecakiem?